Nov 8 2009

Rogaliki

Kiedy za oknami tuż za rogiem zima, a weekendy bywają bardziej ciemne niż zwykle, wymyśliłam sposób żeby nie popaść w chandrę. Sprawdzam przepisy i moje umiejętności kulinarne. Dziś leniwa niedziela, więc wpadłam na pomysł z rogalikami. Ciasto wyrabiane ręką, bez cukru, za to z malinową konfiturą i skórką pomarańczy. Wszystko oprószone cukrem pudrem. Wyglądają całkiem ciekawie… zresztą zobaczcie sami. Ja idę na film i robić kawkę ;)

p1000863

ROGALIKI MALINOWO-POMARAŃCZOWE

Czas przygotowania ok. 1 h

Składniki:

250 g masła

6 łyżek wody

2 szklanki mąki

2 jajka

konfitura malinowa

skórka pomarańczowa starta na wiórki

aromat pomarańczowy

Do misy wsypujemy mąkę, masło (nożem kroimy na drobniejsze części), skórkę pomarańczy, wodę, jajka. Wszystko wyrabiamy ręką podsypując mąką aż do uzyskania plastycznej masy. Gotowe ciasto rozwałkowujemy na blacie posypanym mąką na cienki placek. Wykrawamy z niego prostokąt, który kroimy z kolei na części w kształcie stożków. Na szerszą część stożka nakładamy konfiturę i zawijamy całość a następnie formujemy kształt rogala. Blachę wykładamy papierem do pieczenia. Na niej układamy wszystkie gotowe rogaliki a na koniec wszystko pędzlujemy białkiem. Podany przepis starcza na 12 średnich rogalików.  Piekłam ok. 30 minut w 200 stopniach C.

Na koniec na talerzu można posypać rogaliki cukrem pudrem.

Smacznego!


Oct 27 2009

Wspomnienie…

moje-krolestwo

To tylko pies, tak mówisz
tylko pies…
a ja ci powiem,
że pies to często jest więcej niż
człowiek
on nie ma duszy, mówisz…
popatrz jeszcze raz,
psia dusza większa jest od psa
i kiedy się uśmiechasz do niej
ona się huśta na ogonie
a kiedy się pożegnać trzeba
i psu czas iść do psiego nieba
to niedaleko pies wyrusza
przecież przy tobie jest psie niebo
z tobą zostanie jego dusza

(B. Borzymowska)


Uwielbiał słoneczko. Kiedy wchodziło nam na próg pokoju natychmiast kładł się w jego promieniach. Zawsze spojrzeniem w moją stronę. Na spacerze witał każdego człowieka. Byli tacy, którzy doceniali jego starania o dar radości, ale i tacy co widzieli w nim tylko głupio cieszącego się na ich widok psa. Nie wszyscy zasługiwali na jego radość. Ale dawał ją nie oglądając się na to, co dostanie w zamian.  Kochał piłki. Te małe i większe. Kiedyś na podwórku zniknął za rogiem a kiedy wyszedł targał w zębach piłkę 3 razy od siebie większą. Taką do piłki nożnej.  Spojrzałam wymownie po co mu taka duża. Odpowiedział spojrzeniem: “Zagramy?” Wieczorem był cały mój. Do dziś dnia widzę go siedzącego na progu między pokojem a przedpokojem. Zagląda z wyciągniętym pyszczkiem i przekrzywioną głową pytając oczami: “Przyjdziesz wreszcie do łóżka spać? Zostaw ten komputer wreszcie kobieto!” O tak,  oczami potrafił powiedzieć wszystko. Był też wytrawnym smakoszem. Na święta Bożego Narodzenia w 2003 roku przygotowałam mój pierwszy najprawdziwszy sernik. Miał rodzynki i skórkę z pomarańczy.  Nigdy nie dowiedziałam się, jakim cudem mały jamnik wspiął się na dwumetrowy parapet, żeby zdjąć sobie blachę pełną ciasta (i się nie zabić), wyjeść jego środek a zostawić mi na święta same ścianki.  Jak go zobaczyłam był jak balonik,  ale oczy miał tak szczęśliwe, jakby dostał największą kość. Martwiłam się wtedy, że będzie chory. A on tylko sobie potem spał, mlaskając przez sen.  Nienawidził zimy… zresztą to ona, mróz i śnieg zmusiły nas do rozstania. No i jego serce… chociaż chore, wielkie w maleńkim ciałku, gorące, bezinteresowne, radosne i smutne wraz ze mną. Nie wiem, czy zasłużyłam sobie na jego Miłość, ale bardzo się starałam. Teraz wciąż tęsknię i myślę, że kiedy spojrzę ciepło na jakiegoś psiaka, albo go pogłaszcze, może chociaż cząstka tej czułości spadnie pyłkiem w Psim Niebie na nos mojego Kapsla.

Dokąd idą psy gdy odchodzą?
No bo jeśli nie idą do nieba
To przepraszam Cię Panie Boże
Mnie tam także iść nie potrzeba.

Ja proszę na inny przystanek
Tam gdzie merda stado ogonów
Zrezygnuje z anielskich chórów
tudzież innych nagród nieboskłonu.

W moim niebie będą miękkie sierści
Nosy, łapy, ogony i kły
W moim niebie będę znowu głaskać
Moje wszystkie pożegnane psy.



Oct 20 2009

W klimatach morza

Ostatnio brakuje mi czasu na odpoczynek. Dni lecą jak szalone i właściwie niedługo będą już święta Bożego Narodzenia. Zaczęłam myśleć o kamieniach. Agaty to zawsze przyjemność, szczególnie, gdy będzie ich wiele. Taką planuję następną kolekcję. Znowu myślę o zachowaniu prostoty a jednocześnie elegancji i klasyki. Prócz agatów zamówiłam orzechy kukui. Zafascynował mnie ich piękny kształt i bardzo przyjemne dla oka powiązanie ich na tasiemkach. Już zaczyna mnie powoli dopadać chęć projektowania i tworzenia kolejnych “cośków”. Dziś nasłuchałam się muzyki relaksacyjnej: szumu morza, sztormu, strumieni. No i efekt był taki, że wyciągnęłam perełki i srebro. Ostatnio też, zwracam uwagę na klimaty hiszpańskie. Odczytuję w biżuterii tego typu taką ciekawą zadziorność wobec świata i oczywisty objaw gorącego temperamentu. Przecież każdy gdzieś, kiedyś widział, jak pięknie wygląda hiszpanka przy flamenco, mająca na uszach bogate, świecące blaskiem, srebrne koła.
p1000858

p1000859


Sep 17 2009

17 września 1939

“O świcie w dniu 17 września, kiedy oddziały Wojska Polskiego stawiały jeszcze opór armiom niemieckim, Polska została zaatakowana przez Związek Sowiecki, związany tajnym sojuszem z III Rzeszą. ” – przeczytałam dziś na głównej stronie internetowej Wojska Polskiego.

Cieszę się, że nasz naród, chociaż daleko mu do pełni mądrości, jednak dojrzał do czasów, gdy nic już nie trzeba ukrywać i można nazywać po imieniu. Pamiętam opowieści mojej babci, która wiernie odtwarzała w pamięci jak to było, gdy wojsko radzieckie przybyło “uwalniać” Polskę. Malutka miejscowość w Polsce. Ludzie już wiedzą, że idą rosjanie. Z samolotów rozrzucane są ulotki, że nadchodzi przyjacielska pomoc, że zaraz poczują wyciągniętą dłoń. Silną dłoń, która zmiecie to co złe. Oczyści ziemię z bólu i dramatów w sercach. Na drogę wybiegają młodzi ludzie i dzieci. Chcą witać się z bratnim wojskiem. Mały chłopiec ubrany w krótkie spodenki na szelkach, bo przecież ciepła to była jesień, wymachuje bukiecikiem polnych kwiatków i radośnie podskakuje wypatrując. Nagle… rozlegają się strzały. Najpierw jeden… i chłopiec upada na kolana, na przeoraną niemieckimi czołgami polską ziemię. Potem pada drugi strzał. Ten z kolei odbiera mu życie. Na radosnej twarzy dziecka nagle zastyga przerażenie i ból. Kwiatki wypadają z małej dłoni i mieszają się z błotem i gliną.

Robi się ogromne zamieszanie. Ludzie uciekają w popłochu do domów. Nikt już nie chce być na drodze. Padają kolejne strzały a wraz z nimi ginie kilkoro młodych mieszkańców miasteczka. Potem wojsko zadamawia się już na całego. Wchodzą do domów i biorą co chcą i jak chcą. Bez szacunku, bez skrępowania. I piją wódkę, strasznie dużo jej piją.Wieczorami wszystkie dziewczęta chowają się głęboko w domach. Babcia mówiła, że jak przyszli “ruskie” i jakaś się spodobała, to nie było przebacz jak sobie wojacy ją upatrzyli. Słychać było jedynie glośne krzyki i płacze gwałconych zbiorowo tych, które udało się wywlec z domu. Najczęściej ciągniętych po ziemi za włosy. Teraz Prezydent Putin, by im pewnie pogratulował męskości i jurności.

Pamiętam jak moja babcia opowiadała, że jeden z żołnierzy przyszedł do ich domu. Jak była przerażona i nawet nie wie jak wyglądał, bo nie śmiała podnieść oczu, żeby na nią nie spojrzał. Miała przecież zaledwie 21 lat. Wysmarowała się popiołem z pieca, żeby wyglądać jak najgorzej. Przeszukiwali domy. Szukali wszystkiego co cenne, albo związane w jakikolwiek sposób przeciw Rosji Sowieckiej. Czasem wystarczyła mina, badź odmowa np. wydania córki na wieczór żołnierzom ku ich uciesze (wiadomo jakiej), a można było dostać kulkę. Straszne to były miesiące – mówiła babcia.

Mój długoletni duchowny przyjaciel mawiał, że człowiek powinien przebaczać, że mścić się nie wolno, żeby samemu nie stać się złym, ale nikt człowieka nie zmusi by zapomniał. Ja pamiętam i uważam, że pamiętać należy. Ta pamięć być może pozwoli kiedyś uniknąć sytuacji, gdy ktoś silnie zapewnia o przyjaźni i pomocy a niekoniecznie będzie godny zaufania. I ta ostrożność może się przydać.

wbilinozwplecy Jeńcy polscy w niewoli radzieckiej


Sep 9 2009

Z pamiętnika pedagoga podróżnika…

Korzystając z okazji pobytu w przepięknych Beskidach, wybrałam się dziś do miejscowości Inwałd nieopodal Wadowic. Miejsce owo miało dostarczyć atrakcji głównie małoletniemu odbiorcy, jednak ładnie zagospodarowany teren przyciągał również tych, wciąż młodych duchem. W Inwałdzie znajduje się, tak teraz popularny w różnych regionach Polski, park dinozaurów. Strona internetowa na pewno nie monotonna – zresztą zobaczcie sami.

http://www.dinolandia.eu/

Moje odwiedziny rozpoczęłam od zakupu wcale nie najtańszego biletu. Normalny: 18 zł, Ulgowy: 12 zł Ale co tam, pomyślałam (ciesząc się jednocześnie, że nie mam ośmiorga dzieci, bo portfel byłby pusty po takim wypadzie) na pewno będzie warto. W chwili przekroczenia bramy wejściowej, zostałam powitana przez miłe dziewczęce uśmiechy hostess, które po okazaniu biletu wręczały każdemu puszkę Coli Zero “dla ochłody”. Na bilecie, który nabyłam widniała ładna, kolorowa mapka parku i wyznaczone trasy wskazujące kierunek zwiedzania.  Podczas spaceru po parku odwiedzający mogą obejrzeć okazy dinozaurów najróżniejszych gatunków, od zupełnie maleńkich drapieżnych raptorów po giganta T-rexa czy wegetarianina Brontozaura. Przy każdym okazie jest dokładny opis jego pochodzenia i występowania. Sporo wiedzy, która może być przydatna przy naprawdę ciekawej lekcji biologii lub po prostu ścieżce edukacyjnej dla zielonej szkoły.

Ogólnie pięknie zagospodarowany teren pełen zieleni, uroczych mostków i małych zadbanych pól do minigolfa. Były również, co ważne, nie przytłaczające swą ilością i nachalnością ogródki, w których można było odpocząć (gałka lodów na terenie parku 2 zł). Dla dzieci przygotowano dodatkowe atrakcje. Zielone jaskinie, plaża pełna najprawdziwszego piasku (na niej również leżaki dla rodziców i nie tylko), fontanny, tunel pełen wiedzy o roślinności z czasów dinozaurów. Na nieco starszych wiekiem czekała ściana wspinaczkowa i nieodgadniony dla mnie do końca układ sznurów i lin na całym terenie, które przypominały początek bliżej niezidentyfikowanego parku linowego.

Na koniec, po porządnej dawce wiedzy na temat prehistorycznych czasów, zwróciłam uwagę na elegancki, duży budynek o nazwie “T.rextaurant” Jakoś mnie kusiło, żeby zajrzeć do środka. Na całym terenie parku było mnóstwo rozsianego personelu. Gości niewielu, ale przecież to po sezonie – pomyślałam. Wchodząc do “T.rextauracji” odniosłam wrażenie, że personel bardzo tęskni za klientem. Wyraźnie ożywione Panie grzecznie zaproponowały mi stolik i podały kartę menu. Wystrój wnętrza i zachowanie personelu wzbudziły we mnie obawę, że restauracja będzie naprawdę droga i nieosiągalna dla przeciętnego Kowalskiego. Wszystko eleganckie, nowiutkie, grzeczniutkie. Otwarcie karty menu całkowicie rozpędziły moje chmury zgromadzone nad portfelem. Najdroższe dania to koszt od 20 do 30 zł. Moim rozczarowaniem było to, że w karcie widniał praktycznie sam fast food czego się zupełnie nie spodziewałam w takich wnętrzach. Uśmiechnięta i lekko wystraszona młoda miła dziewczyna przyszła odebrać zamówienie. Czekałam niedługo. W tym czasie, wciąż z wyuczonym uśmiechem kelnerka, przyniosła koszyk z uroczo wyglądającymi bułeczkami oraz rozłożyła na stole sztućce. Sałatka grecka, którą zamówiłam smakowała wyśmienicie. Świeża i ładnie podana. Zastanowił mnie natomiast fakt, że podano nóż i widelec mojej osobie towarzyszącej, która miała zjeść (sic!) hamburgera. Po co do hamburgera nóż? No dobrze, ale to jeszcze nie było nic wielkiego.

W połowie konsumpcji mojej sałatki sięgnęłam po jedną z maleńkich bułeczek. No i tu się już zaczął dramat. Piękny lokal, obsługa super a bułki w koszyczku… twarde, że można nimi zabić. Nie dało się ich ugryźć. Do pysznej sałatki dostałam co najmniej z kilku dni bułki! Taka gafa na koniec odwiedzin ajajaj. I wiecie co? Wysnułam sobie swoją własną teorię, którą zresztą ze szczerym uśmiechem opowiedziałam mocno zmieszanej kelnerce. Skoro lokal nazywa się T.rextaurant to widocznie były już przypadki, że obok z parku wpadał im jakiś T.rex, dlatego teraz w ramach zabezpieczenia dają klientowi takie bułeczki-kamyczki, żeby mógł się bronić jak wpadnie bestia i rzucić jej coś na ząb. Bo te bułki, moi drodzy, były na zęby T.rex’a. Na pewno nie człowieka. Rodzicom polecam spróbować pieczywo, zanim dostanie się w jakieś małe rączki. Żeby nie było potem szukania dentysty po okolicy. Wstyd! Szkoda, że tak ładnie i wyjątkowo mądrze zagospodarowane miejsce nie pozostawiło do końca silnie dobrego wrażenia. Mimo to polecam, zjeść można zawsze w domu ;)


Aug 23 2009

Wystawa psów rasowych

Byłam dziś na Wystawie psów rasowych która miała miejsce w Toruniu. Szłam z mieszanymi uczuciami, ponieważ uważam, że psy są szczególnymi przyjaciółmi, które przede wszystkim są dla nas z miłości do nas i tym samym powinniśmy im się odwdzięczać. Zarabianie na psach, pokręcanie sobie własnego ego kolejnymi championatami oraz puszenie się na samą myśl o liniach rodowodowych, genach wyłącznie królewskich i szlachetności urodzenia to całkowicie nie dla mnie. Ale poszłam. Chociażby dla samej przyjemności obcowania z tymi pięknymi i niezbędnymi w życiu człowieka zwierzętami. Ten, kto kiedykolwiek miał psa doskonale wie o czym piszę.

Na wystawie odnalazłam piękną mozaikę najróżniejszych ras. Można było nacieszyć się i tymi maleńkimi “o wielkim sercu” i tymi konkretnymi, przy których sam człowiek robi się mały ale czuje bardzo bezpiecznie. Nie spotkałam się z ani jednym przejawem agresji czy choćby warknięciem ze strony jakiegokolwiek psa. A wierzcie mi, że głaskałam z czułością zarówno bullteriery, amstaffy czy pitbulle jak i jamniole, setery irlandzkie, angielskie, goldeny czy bassety. W tym miejscu wszystkie psy były bardzo grzeczne i przyjazne. Więc wniosek prosty: jak mądry człowiek to i bullterier fajny psiak. Organizacja wystawy z punktu widzenia włóczykija zakochanego w psach, który tylko obserwuje i chce się nacieszyć widokiem doskonała. Podczas rozmów z wystawcami psów już opinie bywały różne, szczególnie jeśli chodzi o wystawiane oceny i ich obiektywizm. No ale wiadomo, że każdy właściciel uważa swojego psa za ósmy cud świata, co jest dla mnie absolutnie wskazane.

Pogoda była piękna dla człowieka dla psów niekoniecznie. Mocne słońce zmuszało hodowców do chronienia pupili pod parasolami, namiotami czy (o zgrozo jeśli chodzi o duże psy!) klatkami. Były pojone, ale i tak myślę, że (jakże to egoistyczne u człowieka) popisy, prezentacja czy po prostu czekanie na swoją kolej były dla psiurów męczące. No ale czego to człowiek nie zrobi dla swojej (bo raczej nie dla psa) przyjemności. Zwróciłam uwagę na to, że ringi w których były pokazywane psy (pies biegał z właścicielem kilka rund dookoła) miały się całkowicie nijak do naturalnego piękna ruchu psa w naturze. No bo jak można pokazać piękno np. setera irlandzkiego w biegu na powierzchni 10 m kwadratowych? Kompletna bzdura, nie uważacie? Niektóre z psów, dało się zauważać, uwielbiały całą celebrę wystawy. Czesanie, nabłyszczanie i inne picowanie. Dobrze, że na świecie dba się o rasy psów. Niedobrze, że spotykam w takich miejscach ludzi, którzy pierwsze o co pytają, to czy mam jakiegoś rodowodowego psa, a jaka linia, a jakie nagrody, a czy szlachetnej krwi? Jak odpowiedziałam – nie, zobaczyłam minę niegodną powtórzenia wobec jakiegokolwiek człowieka i potem następowało milczenie. Wtedy patrzę na stojące przy nich psy i martwię się, czy są tylko narzędziem zarobku i pięknym dodatkiem pustego i próżnego Pana/Pani czy też są kochane i jest im dobrze w życiu.

Wyszłam z wystawy zakochana w pewnej rasie :) Oczywiście dla mnie zawsze mistrzem świata w byciu psem będzie jamnik, ale pies którego spotkałam na wystawie urzekł mnie ogromnie swoją szlachetną linią, mądrym spojrzeniem, wręcz arystokratycznymi ruchami, łagodnością i spokojem. To wyżeł weimarski. Naprawdę piękna istota. Miałam ogromną przyjemność w kontakcie z tym absolutnie niezwykłym psem. Przy okazji, dziękuję Pani z Gdańska (hodowca tej rasy), która pozwoliła mi poznać i dowiedzieć się o nim naprawdę dużo. Za rok biorę już porządny aparat, bo teraz dałam plamę i jedyne co mogłam, to uratować się telefonem z aparatem.

setery irlandzkie

dog niemiecki

jamnik szorskowłosy

wełniak

zdjecie177

pitbull

Chuachua

polski gończy

weimar1

weimar2

weimar3


Aug 22 2009

Nutka 1

Są brzmienia, które zostają w nas na bardzo długo i takie, które potrzebne są nam tylko na jakiś czas. Słucham różnej muzyki i szczerze mówiąc zawsze jest to ściśle związane z potrzebą lub nastrojem. Mając na myśli muzykę mój gust jest daleki od wszechogarniającego nas kiczu. Chociaż muszę przyznać, że bywają dni ,kiedy nawet lekka, nic nie mówiąca mądrego piosenka, bywa potrzebna (np. przy odkurzaniu ;) ) Ale najgłębiej zapadają we mnie brzmienia muzyki filmowej, poezja śpiewana, muzyka klasyczna oraz ta szczególna dla mnie, która dodaje energii i odwagi w życiu. Tak naprawdę przy słuchaniu ulubionych utworów wydobywa się z nas to, o czym w sobie albo chcemy zapomnieć albo skrzętnie skrywamy. Obawiamy się, że nasza wrażliwość nie sprawdzi się w teraźniejszym świecie. W końcu to nie jest świat dla wrażliwych ani czułych… Takie sprawy stały się śmieszne dla innych a nierzadko za nimi tęsknimy samotnie schowani w domach. Oto jeden z utworów, który właśnie taką wrażliwość wydobywa. Oczywiście nie w każdym, to rzecz gustu. Na pianinie gra Richard Clayderman, śpiewa Engelbert Humperdinck, reżyserem ukazanego na video filmu jest sam mistrz Fellini.

Richard Clayderman (wł. Philippe Pagès ur. 28 grudnia 1953 roku w Paryżu) – francuski pianista, który ma w swoim dorobku wiele albumów zawierających oryginalne kompozycje Paula de Senneville i Oliver Toussainta, instrumentalne wersje przebojów muzyki popularnej oraz przystępnie zaaranżowane najbardziej popularne dzieła muzyki klasycznej. Wykonana przez niego ballada “Ballade pour Adeline” (Ballada dla Adeliny) rozeszła się w nakładzie 22 mln kopii.

Engelbert Humperdinck (właśc. Arnold George Dorsey, ur. 2 maja 1936 w Madrasie w Indiach) – amerykański piosenkarz angielskiego pochodzenia.
Wychował się w Leicester. Występował początkowo jako Gerry Dorsey, ale później przyjął pseudonim po niemieckim kompozytorze Humperdincku. Sprzedał łącznie ponad 160 milionów płyt i singli na całym świecie.

Źródło notek biograficznych: Wikipedia.


Aug 21 2009

Agaty

Fascynuje mnie ten kamień. Przez swoją różnorodność kolorów i niezwykłe odczucia podczas noszenia. Zawsze poprawia mi humor. Uczy optymizmu. Umiejętnie dobrany podkreśla ładnie strój. Ma w sobie coś magicznego. Coś, co pozwala czuć się szczęśliwszym i pewniejszym siebie. Barwy są nasycone, stanowcze i jest ich tyle, że każda z nas znajdzie coś dla siebie. Urzekający i zwraca na siebie uwagę.

Oponki z agatów z jadeitem cytynowym na srebrnej obroży

agat atramentowy - łączy granatowy z brązami


Aug 20 2009

Cośki

To moje nieśmiałe próby twórcze. Bardzo szybko okazało się że prosta forma i klasyka są wciąż bardzo popularne wśród kobiet. Nie mam zawsze do czynienia z bardzo młodymi kobietkami, więc tworzę dla tych starszych co nieco. One właśnie, niedocenione, poprzez zalewające nasz rynek twory typu: emo, gothic i etc. w biżuterii, w odzieży i galanterii wszelkiej spragnione są klasyki, która będzie pasowała do każdej z nich. Najważniejsze są dla mnie kamienie. Każda kobieta czuje kamień, w którym jest jej najlepiej lub właśnie go potrzebuje, by poczuć się dobrze. Najpierw zmęczona tym, że nie mogę znaleźć czegoś ładnego dla mnie, czegoś co nie byłoby “przekombinowane twórczo” zaczęłam robić drobne rzeczy dla siebie samej. Szybko okazało się że podoba się to nie tylko mi… z czego mam ogromną radość.

Ręcznie malowane lampworki


Aug 20 2009

Welcome

Znalazłam się w miejscu mojego życia, w którym zaszła potrzeba by uzewnętrznić to co mnie inspiruje, co pozwala tworzyć, ulepszać moją rzeczywistość. Te małe z pozoru fragmenty świata, nad którymi się zatrzymuję pozwalają iść dalej, pomagają w świadomości, że istnieje jakiś cel starań oraz przekonują czasem do spraw, na które dawniej nie miałabym nawet śmiałości spojrzeć. Pomiędzy moimi rozważaniami, chciałabym również dostrzec kolory bytu, który nas otacza. Czasem nawet drobiazgi potrafią uszlachetnić, albo ubarwić każdy dzień w naszej codzienności.