Korzystając z okazji pobytu w przepięknych Beskidach, wybrałam się dziś do miejscowości Inwałd nieopodal Wadowic. Miejsce owo miało dostarczyć atrakcji głównie małoletniemu odbiorcy, jednak ładnie zagospodarowany teren przyciągał również tych, wciąż młodych duchem. W Inwałdzie znajduje się, tak teraz popularny w różnych regionach Polski, park dinozaurów. Strona internetowa na pewno nie monotonna – zresztą zobaczcie sami.
http://www.dinolandia.eu/
Moje odwiedziny rozpoczęłam od zakupu wcale nie najtańszego biletu. Normalny: 18 zł, Ulgowy: 12 zł Ale co tam, pomyślałam (ciesząc się jednocześnie, że nie mam ośmiorga dzieci, bo portfel byłby pusty po takim wypadzie) na pewno będzie warto. W chwili przekroczenia bramy wejściowej, zostałam powitana przez miłe dziewczęce uśmiechy hostess, które po okazaniu biletu wręczały każdemu puszkę Coli Zero “dla ochłody”. Na bilecie, który nabyłam widniała ładna, kolorowa mapka parku i wyznaczone trasy wskazujące kierunek zwiedzania. Podczas spaceru po parku odwiedzający mogą obejrzeć okazy dinozaurów najróżniejszych gatunków, od zupełnie maleńkich drapieżnych raptorów po giganta T-rexa czy wegetarianina Brontozaura. Przy każdym okazie jest dokładny opis jego pochodzenia i występowania. Sporo wiedzy, która może być przydatna przy naprawdę ciekawej lekcji biologii lub po prostu ścieżce edukacyjnej dla zielonej szkoły.
Ogólnie pięknie zagospodarowany teren pełen zieleni, uroczych mostków i małych zadbanych pól do minigolfa. Były również, co ważne, nie przytłaczające swą ilością i nachalnością ogródki, w których można było odpocząć (gałka lodów na terenie parku 2 zł). Dla dzieci przygotowano dodatkowe atrakcje. Zielone jaskinie, plaża pełna najprawdziwszego piasku (na niej również leżaki dla rodziców i nie tylko), fontanny, tunel pełen wiedzy o roślinności z czasów dinozaurów. Na nieco starszych wiekiem czekała ściana wspinaczkowa i nieodgadniony dla mnie do końca układ sznurów i lin na całym terenie, które przypominały początek bliżej niezidentyfikowanego parku linowego.
Na koniec, po porządnej dawce wiedzy na temat prehistorycznych czasów, zwróciłam uwagę na elegancki, duży budynek o nazwie “T.rextaurant” Jakoś mnie kusiło, żeby zajrzeć do środka. Na całym terenie parku było mnóstwo rozsianego personelu. Gości niewielu, ale przecież to po sezonie – pomyślałam. Wchodząc do “T.rextauracji” odniosłam wrażenie, że personel bardzo tęskni za klientem. Wyraźnie ożywione Panie grzecznie zaproponowały mi stolik i podały kartę menu. Wystrój wnętrza i zachowanie personelu wzbudziły we mnie obawę, że restauracja będzie naprawdę droga i nieosiągalna dla przeciętnego Kowalskiego. Wszystko eleganckie, nowiutkie, grzeczniutkie. Otwarcie karty menu całkowicie rozpędziły moje chmury zgromadzone nad portfelem. Najdroższe dania to koszt od 20 do 30 zł. Moim rozczarowaniem było to, że w karcie widniał praktycznie sam fast food czego się zupełnie nie spodziewałam w takich wnętrzach. Uśmiechnięta i lekko wystraszona młoda miła dziewczyna przyszła odebrać zamówienie. Czekałam niedługo. W tym czasie, wciąż z wyuczonym uśmiechem kelnerka, przyniosła koszyk z uroczo wyglądającymi bułeczkami oraz rozłożyła na stole sztućce. Sałatka grecka, którą zamówiłam smakowała wyśmienicie. Świeża i ładnie podana. Zastanowił mnie natomiast fakt, że podano nóż i widelec mojej osobie towarzyszącej, która miała zjeść (sic!) hamburgera. Po co do hamburgera nóż? No dobrze, ale to jeszcze nie było nic wielkiego.
W połowie konsumpcji mojej sałatki sięgnęłam po jedną z maleńkich bułeczek. No i tu się już zaczął dramat. Piękny lokal, obsługa super a bułki w koszyczku… twarde, że można nimi zabić. Nie dało się ich ugryźć. Do pysznej sałatki dostałam co najmniej z kilku dni bułki! Taka gafa na koniec odwiedzin ajajaj. I wiecie co? Wysnułam sobie swoją własną teorię, którą zresztą ze szczerym uśmiechem opowiedziałam mocno zmieszanej kelnerce. Skoro lokal nazywa się T.rextaurant to widocznie były już przypadki, że obok z parku wpadał im jakiś T.rex, dlatego teraz w ramach zabezpieczenia dają klientowi takie bułeczki-kamyczki, żeby mógł się bronić jak wpadnie bestia i rzucić jej coś na ząb. Bo te bułki, moi drodzy, były na zęby T.rex’a. Na pewno nie człowieka. Rodzicom polecam spróbować pieczywo, zanim dostanie się w jakieś małe rączki. Żeby nie było potem szukania dentysty po okolicy. Wstyd! Szkoda, że tak ładnie i wyjątkowo mądrze zagospodarowane miejsce nie pozostawiło do końca silnie dobrego wrażenia. Mimo to polecam, zjeść można zawsze w domu